grudnia 21, 2010
grudnia 08, 2010
listopada 21, 2010
listopada 01, 2010
bo przecież musiało się wszystko na opak przekręcić, przekręciło się w Dzień Wszystkich Przekręconych. Teraz zamiast wszerz jest wzdłuż, a równik przemienił się w południk.Jak się okazuje nawet uznany za status quo stan nie jest permanentny. Jedno spotkanie i mdli mnie od wiszenia głową w dół na trzepaku, patrząc na świat w zupełnie odmienny sposób.A wystarczyło się wcześniej chwile zastanowić nad sobą, zamiast zakładać poliuretanową osłonę przed ostatecznym. Zasada 5W nie zadziała tym razem, trzeba będzie wniknąć nie tylko pod poliuretan, wniknięcie to musi dotknąć tak dawno nie tykanej duszy.
czerwca 28, 2010
maja 14, 2010
Sina Dal
Part 1.
I wylądowaliśmy z Zet Kropką w Sinej Dali, miejscu które słynie z uzdrowicielskiej mocy, leczenia ciał opętanych „jaskółczym niepokojem” - jak pisał poeta i przypadłością posiadania „piórka w d****” - jak mawia moja mama. To co najbardziej charakteryzuje tę przypadłość, to ważny dla opętanych element drogi i niepohamowanie w podróżach.
Niektórzy, czyli nie wszyscy uważają drogę za zbędny, najbardziej męczący element geometrycznego dotarcia z pkt A do pkt B. My z Zet Kropką drogę traktujemy, jako nieocenioną wartość samą w sobie i często sama droga jest celem przesunięcia.
Kiedy docieraliśmy do Sinej Dali, a przynajmniej tak mówił wskaźnik paliwa, Zet Kropka z zupełnie sobie naturalną, niewymuszoną pozą, która uaktywnia się w pobliżu Sinej Dali, wykrzywił usta, podniósł brew i wymamrotał – „To to, to tu”.
Ufam Zet Kropce, bo jak mówi to wie, a jak nie wie to, robi to samo.
W każdym razie ja również wyczułam w okolicy coś z Sinej Dali. Powietrze jakby samo pchało się do nozdrzy, a oddech, nas strapionych jaskółczym niepokojem, zaczął się uspokajać. Zalewało nas uczucie szczęścia. Zet Kropka i ja posiadaliśmy niewytłumaczalne wrażenie, że to tu, to to czego szukaliśmy. Nigdzie dalej powietrze nie drżało nad asfaltem jak tu, a cisza która nas tutaj zaatakowała niemal wyrywała nam bebechy.
Po drugiej godzinie zwiedzania Sinej Dali, napotkaliśmy jej mieszkańców. Ani ja, ani Zet Kropka, nie byliśmy przygotowani merytorycznie do rozmów z tubylcami. Nie był nam znany język sinodalijski, nawet Zet go nie znał, a mądra z niego bestia. Zaczęliśmy jak wszyscy Polacy w Sinej Dali – mianowicie od rąk. Ja wyglądałam jak dziewczyna OSTREGO, wymachująca w rytm: tara tara ra ra ta ra ta. Zet Kropka, natomiast ze swoją niedowagą oraz zwiotczeniem mięśni, spowodowanym brakiem jakiejkolwiek pracy fizycznej oprócz klikania, miał gorzej. Jego ciało starało się oddać emocje, których Zet Kropka ma wiele, ale co innego je mieć,a co innego pokazać.
Cholera! - pomyślałam - już nigdy nie będę skąpić na naukę języków obcych. Po kilku hip hopowych utworach dowiedzieliśmy się, że dotarliśmy do Sinej Dali, a nawet do jej centrum, a raczej apogeum biorąc pod uwagę, to co się później działo.
Part 1.
I wylądowaliśmy z Zet Kropką w Sinej Dali, miejscu które słynie z uzdrowicielskiej mocy, leczenia ciał opętanych „jaskółczym niepokojem” - jak pisał poeta i przypadłością posiadania „piórka w d****” - jak mawia moja mama. To co najbardziej charakteryzuje tę przypadłość, to ważny dla opętanych element drogi i niepohamowanie w podróżach.
Niektórzy, czyli nie wszyscy uważają drogę za zbędny, najbardziej męczący element geometrycznego dotarcia z pkt A do pkt B. My z Zet Kropką drogę traktujemy, jako nieocenioną wartość samą w sobie i często sama droga jest celem przesunięcia.
Kiedy docieraliśmy do Sinej Dali, a przynajmniej tak mówił wskaźnik paliwa, Zet Kropka z zupełnie sobie naturalną, niewymuszoną pozą, która uaktywnia się w pobliżu Sinej Dali, wykrzywił usta, podniósł brew i wymamrotał – „To to, to tu”.
Ufam Zet Kropce, bo jak mówi to wie, a jak nie wie to, robi to samo.
W każdym razie ja również wyczułam w okolicy coś z Sinej Dali. Powietrze jakby samo pchało się do nozdrzy, a oddech, nas strapionych jaskółczym niepokojem, zaczął się uspokajać. Zalewało nas uczucie szczęścia. Zet Kropka i ja posiadaliśmy niewytłumaczalne wrażenie, że to tu, to to czego szukaliśmy. Nigdzie dalej powietrze nie drżało nad asfaltem jak tu, a cisza która nas tutaj zaatakowała niemal wyrywała nam bebechy.
Po drugiej godzinie zwiedzania Sinej Dali, napotkaliśmy jej mieszkańców. Ani ja, ani Zet Kropka, nie byliśmy przygotowani merytorycznie do rozmów z tubylcami. Nie był nam znany język sinodalijski, nawet Zet go nie znał, a mądra z niego bestia. Zaczęliśmy jak wszyscy Polacy w Sinej Dali – mianowicie od rąk. Ja wyglądałam jak dziewczyna OSTREGO, wymachująca w rytm: tara tara ra ra ta ra ta. Zet Kropka, natomiast ze swoją niedowagą oraz zwiotczeniem mięśni, spowodowanym brakiem jakiejkolwiek pracy fizycznej oprócz klikania, miał gorzej. Jego ciało starało się oddać emocje, których Zet Kropka ma wiele, ale co innego je mieć,a co innego pokazać.
Cholera! - pomyślałam - już nigdy nie będę skąpić na naukę języków obcych. Po kilku hip hopowych utworach dowiedzieliśmy się, że dotarliśmy do Sinej Dali, a nawet do jej centrum, a raczej apogeum biorąc pod uwagę, to co się później działo.
kwietnia 25, 2010
gdy tak siedzieli na małym,przy dużym
ona udawała że wie, on wiedział
- nie zakochuj się we mnie
ruch pod bluzką niczym australijska fala,małe tsunami w przód piana w tył i wywrotka
- nie zakochuj się bo już niejedna próbowała, TY wcale lepsza
i kiedy tak siedzieli przy dużym na małym
Ona w pąsach on blado spocony
nie mając przyszłości bo tę maja tylko żywi
Dopili duże i rozeszli się po małym przykrywając wiekiem grobowca
ona udawała że wie, on wiedział
- nie zakochuj się we mnie
ruch pod bluzką niczym australijska fala,małe tsunami w przód piana w tył i wywrotka
- nie zakochuj się bo już niejedna próbowała, TY wcale lepsza
i kiedy tak siedzieli przy dużym na małym
Ona w pąsach on blado spocony
nie mając przyszłości bo tę maja tylko żywi
Dopili duże i rozeszli się po małym przykrywając wiekiem grobowca
kwietnia 11, 2010
Wuj Józef my HERO („Sowa córka piekarza” M. Hłasko.)
„Powiedziałeś, że masz zmartwienie.
Wuj Józef: Rozchodzę się z ciotką
Dlaczego?
W.J: Z jej winy
Cóż zrobiła?
W.J: Zestarzała się
Nie bardzo właściwie rozumiem, dlaczego ożeniłeś się z kochaną ciotką.
W.J.: To było jeszcze za czasów studenckich, synu – powiedział Wuj Józef. - Nie jadłem już od dwóch tygodni i miałem jedyną szansę najeść się na własnym weselu”.
Wuj Józef: „Synu- powiedział.-Czy życzyłbym ci śmierci, gdybym cie nie kochał?”
"- ..kiedyś ksiądz w szkole zapytał mnie o to, jak wyobrażam sobie Anioła Stróża. Poprosiłem go o dzień zwłoki i w dwa dni później, za radą Wuja Józefa, powiedziałem mu, że Anioł Stróż to taki gość ze skrzydłami, który prowadzi mnie, kiedy idę pijany przez kładkę nad przepaścią. Ksiądz zrobił straszną awanturę i omal mnie wtedy nie wyrzucono; wyrzucono mnie zresztą w dwa miesiące później, oczywiście nie bez sprawy Wuja Józefa. Kiedyś w czasie lekcji nie uważałem i zniecierpliwiony nauczyciel uderzył mnie w twarz, a ja powiedziałem to Wujowi, który zjawił się w szkole następnego dnia przyprowadziwszy z sobą jakichś dwóch panów o wyglądzie zawodowych dusicieli. Wszyscy trzej byli w świetnych humorach; wszyscy trzej trzymali w rękach długie bykowce z solidnego rzemienia.
- Czy to pan uderzył mojego siostrzeńca w twarz? - zapytał Wuj Józef nauczyciela.
Nauczyciel począł się usprawiedliwiać; Wój przerwał mu jednak wspaniałym gestem.
- To nieładnie bić dzieci po twarzy - powiedział zamachnąwszy bykowcem - Czy umie pan śpiewać?
- Śpiewać?
- Tak. Proszę śpiewać, dopóki ja nie skończę. Wój rozpiął rozporek i swobodnie odlał się na środek klasy, a nauczyciel śpiewał tenorem, zachęcany przez dusicieli czyniących odpowiednie gesty. Wreszcie Wój skończył i zapiąwszy starannie rozporek, sprawdził, czy wszystkie guziki są zapięte; i wyglądał przy tym jak aktor wstępujący na scenę.
- Teraz może pan wziąć ścierkę i wytrzeć to - powiedział do nauczyciela. - Jeśli już pan tak dba o wychowanie dzieci, to niech pan je również przyzwyczaja do porządku. - I znów zamachnął się bykowcem. Nauczyciel wziął z kąta jakąś szmatę i wykonał polecenie Wuja.
- To już znacznie lepiej - powiedział Wuj - Jeśli panu kiedykolwiek przyjdzie ochota udzerzyć mojego siostrzeńca w twarz, proszę pamiętać, że zjawię się tutaj znów. Zobaczymy, co okaże się silniejsze: pańska bezmyślność czy moja pomysłowość - Uchylił kapelusza i wyszedł; dusiciele wyszli za nim.".
„Powiedziałeś, że masz zmartwienie.
Wuj Józef: Rozchodzę się z ciotką
Dlaczego?
W.J: Z jej winy
Cóż zrobiła?
W.J: Zestarzała się
Nie bardzo właściwie rozumiem, dlaczego ożeniłeś się z kochaną ciotką.
W.J.: To było jeszcze za czasów studenckich, synu – powiedział Wuj Józef. - Nie jadłem już od dwóch tygodni i miałem jedyną szansę najeść się na własnym weselu”.
Wuj Józef: „Synu- powiedział.-Czy życzyłbym ci śmierci, gdybym cie nie kochał?”
"- ..kiedyś ksiądz w szkole zapytał mnie o to, jak wyobrażam sobie Anioła Stróża. Poprosiłem go o dzień zwłoki i w dwa dni później, za radą Wuja Józefa, powiedziałem mu, że Anioł Stróż to taki gość ze skrzydłami, który prowadzi mnie, kiedy idę pijany przez kładkę nad przepaścią. Ksiądz zrobił straszną awanturę i omal mnie wtedy nie wyrzucono; wyrzucono mnie zresztą w dwa miesiące później, oczywiście nie bez sprawy Wuja Józefa. Kiedyś w czasie lekcji nie uważałem i zniecierpliwiony nauczyciel uderzył mnie w twarz, a ja powiedziałem to Wujowi, który zjawił się w szkole następnego dnia przyprowadziwszy z sobą jakichś dwóch panów o wyglądzie zawodowych dusicieli. Wszyscy trzej byli w świetnych humorach; wszyscy trzej trzymali w rękach długie bykowce z solidnego rzemienia.
- Czy to pan uderzył mojego siostrzeńca w twarz? - zapytał Wuj Józef nauczyciela.
Nauczyciel począł się usprawiedliwiać; Wój przerwał mu jednak wspaniałym gestem.
- To nieładnie bić dzieci po twarzy - powiedział zamachnąwszy bykowcem - Czy umie pan śpiewać?
- Śpiewać?
- Tak. Proszę śpiewać, dopóki ja nie skończę. Wój rozpiął rozporek i swobodnie odlał się na środek klasy, a nauczyciel śpiewał tenorem, zachęcany przez dusicieli czyniących odpowiednie gesty. Wreszcie Wój skończył i zapiąwszy starannie rozporek, sprawdził, czy wszystkie guziki są zapięte; i wyglądał przy tym jak aktor wstępujący na scenę.
- Teraz może pan wziąć ścierkę i wytrzeć to - powiedział do nauczyciela. - Jeśli już pan tak dba o wychowanie dzieci, to niech pan je również przyzwyczaja do porządku. - I znów zamachnął się bykowcem. Nauczyciel wziął z kąta jakąś szmatę i wykonał polecenie Wuja.
- To już znacznie lepiej - powiedział Wuj - Jeśli panu kiedykolwiek przyjdzie ochota udzerzyć mojego siostrzeńca w twarz, proszę pamiętać, że zjawię się tutaj znów. Zobaczymy, co okaże się silniejsze: pańska bezmyślność czy moja pomysłowość - Uchylił kapelusza i wyszedł; dusiciele wyszli za nim.".
marca 24, 2010
marca 12, 2010
lutego 18, 2010
"...Freaks was a thing I photographed a lot. It was one of the first things I photographed and it had a terrific kind of excitement for me. I just used to adore them. I still do adore some of them. I don't quite mean they're my best friends but they made me feel a mixture of shame and awe. There's a quality of legend
about freaks. Like a person in a fairy tale who stops you and demands that you answer a riddle. Most people go through life dreading they'll have a traumatic experience. Freaks were born with their trauma. They've already passed their test in life. They're aristocrats..." — Diane Arbus
about freaks. Like a person in a fairy tale who stops you and demands that you answer a riddle. Most people go through life dreading they'll have a traumatic experience. Freaks were born with their trauma. They've already passed their test in life. They're aristocrats..." — Diane Arbus
lutego 08, 2010
lutego 03, 2010
lutego 02, 2010
Już się mogę pochwalić moimi 15 centymetrami w kolumnie Metra kilka miesięcy temu.
Temat dla mnie bardzo drażniący wtedy, dziś śmieszny i lekko irytujący.
Pani dziennikarka w zasadzie wiele się nie wysiliła i chyba to mnie najbardziej wkurzyło - delikatnie przetworzyła materiał który jej wysłałam (razem ze
zdjęciem zresztą zrobionym przez Jarka mojego ulubionego nieprofesjonalnego fotografa link: http://photoessence.org/) Tak to małym kosztem udziału pani dziennikarki powstał
materiał o bezrobotnej studentce dziennikarstwa zagubionej w urban jungle. Po miesiącu zadzwoniła ponownie: "Jak tam Pani Joanno? Może da się pani namówić na kolejny.." - tylko raz zaistniałam w Metrze.
Temat dla mnie bardzo drażniący wtedy, dziś śmieszny i lekko irytujący.
Pani dziennikarka w zasadzie wiele się nie wysiliła i chyba to mnie najbardziej wkurzyło - delikatnie przetworzyła materiał który jej wysłałam (razem ze
zdjęciem zresztą zrobionym przez Jarka mojego ulubionego nieprofesjonalnego fotografa link: http://photoessence.org/) Tak to małym kosztem udziału pani dziennikarki powstał
materiał o bezrobotnej studentce dziennikarstwa zagubionej w urban jungle. Po miesiącu zadzwoniła ponownie: "Jak tam Pani Joanno? Może da się pani namówić na kolejny.." - tylko raz zaistniałam w Metrze.
stycznia 30, 2010
stycznia 25, 2010
stycznia 24, 2010
stycznia 19, 2010
stycznia 12, 2010
stycznia 11, 2010
stycznia 10, 2010
stycznia 06, 2010
stycznia 03, 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)










